Posacki

Aleksander Posacki SJ, ks. dr hab., filozof, teolog (ur. 1957) polski jezuita, teolog katolicki, filozof, egzorcysta, wykładowca akademicki, publicysta, rekolekcjonista, duszpasterz, znawca demonologii, historii mistyki, nowych ruchów religijnych (sekt), problematyki okultyzmu i ezoteryki. Studiował w Krakowie (filozofia), Warszawie (teologia) i w Rzymie (filozofia, teologia, duchowość chrześcijańskiego Wschodu, antropologia mistyki, parapsychologia, demonologia). Prowadził badania we Włoszech, USA i w Rosji. Konsultant egzorcystów katolickich w Polsce i zagranicą. Jest uznanym ekspertem klasy międzynarodowej, wykładowcą m.in. na Międzynarodowych Zjazdach Egzorcystów. Wykładał też wielokrotnie na krajowych i międzynarodowych (w kraju i zagranicą) sympozjach czy sesjach naukowych (których często był współorganizatorem), często o charakterze interdyscyplinarnym, poświęconych nowym ruchom religijnym (sektom) czy też problemom z nimi związanym (psychomanipulacja, manipulacja duchowa, semantyczna, intelektualna, zniewolenia duchowe) lub innym formom światopoglądowym i duchowym (mistyka, duchowość, ezoteryzm, okultyzm, demonologia). Jest autorem wielu książek (tłumaczonych m.in. na język niemiecki, francuski i litewski) i ponad 100 artykułów-haseł w „Encyklopedii Białych Plam”oraz kilkudziesięciu innych artykułów naukowych, publikowanych w książkach razem z innymi autorami, czy w czasopismach naukowych.

 

Siła Złego

Jola Workowska – Młody katecheta wyrzucił moje dziecko z lekcji religii z powodu trupiej czaszki na łańcuszku zawieszonej na szyi. Co jest złego w biżuterii?

Aleksander Posacki: -Trupia czaszka czy satanistyczny rym jest symbolem, który ma odniesienie do świata duchowego przez to, że jest tworzony przez wymiar duchowy, np. przez wymiar woli. Na tym polega realizm symboliczny, dziś arbitralnie odrzucany lub lekceważony. W kulturze zachodniej za bardzo przypisywano sprawę symboliki rozumowi, natomiast pominięto zupełnie wymiar woluntarystyczny. Potem świat znaczeń został przypisany osądom empirycznej psychologii, która do reszty go zsubiektywizowała i jeszcze bardziej zanegowała wolność człowieka. Wola – jak mówili św. Paweł i św. Augustyn – jest ontogentyczna, czyli stwarza pewne światy, stwarza dobro i zło i wtórnie – za pomocą symboli – projektuje znaki w świat poznania czy ekranu psychiki. Wola to właśnie serce, o którym mówi Biblia czy sam Jezus. Czy znak jest dobry, czy zły – wynika z decyzji woli i dlatego mówię o duchowym charakterze symboli. Chrześcijanie i sataniści stworzyli system znaków, który jak pokazuje historia idei, jest przekazywany i przyjmowany przez pokolenia, ale przecież ten kod jest diametralnie różny. Często mówię, że chodzi tu o inicjację i kontrinicjację. Wciąż walczę z pewnym prymitywizmem postoświeceniowym, w którym bada się rzeczywistość znakową, z góry zakładając, że jest to rzeczywistość materialna. To jest teza, którą trzeba udowodnić, a nie zakładać. Jeżeli od strony historii opisujemy ludzkie doświadczenie, to musimy pamiętać, że tam nie było mowy o żadnej materii: oczywiście ciężar świata można nazwać materią, ale trzeba pamiętać o tym, że ludzkie doświadczenie jest zawsze pierwotne.

– Epoka oświecenia wyniosła na tron rozum, dzisiejsza epoka Papieża – teologię.

– Papież Jan Paweł II też był profesorem filozofii, racjonalnym myślicielem, a nie tępym racjonalistą. Racjonalizm oświeceniowy – ten mit Rozumu – doprowadził w końcu do śmierci Boga w kulturze, ale jest to konsekwencja fałszywych założeń. Dlaczego fałszywych? Bo moja racjonalna koncepcja, którą chrześcijaństwo czy teologia tylko dookreśla, jest bardziej otwarta na transcendencję. Jeżeli ktoś zamyka mi doświadczenie, musi to uzasadnić; jeżeli ktoś mi mówi, że moje doświadczenia są wyłącznie tworem mojego mózgu – musi to udowodnić. Ja nie będę udowadniać, że nie jestem tylko mózgiem. Odkąd świat istnieje, ludzie wierzyli w istnienie duchów, aż tu nagle pojawili się jacyś mędrkowie, którzy nie mając żadnych dowodów, mówią mi, że mój świat nie jest taki, jaki jest. Wczoraj miałem duszę – dziś mam tylko mózg. I jeżeli podejdziemy do tego zagadnienia analitycznie w sensie intelektualnym, a nie tylko teologicznym, okaże się, że wszystkie te założenia były fałszywe, ponieważ były jednostronne. Nie chodzi więc o teologię, ale o racjonalną filozofię, która określi metodologiczne granice nauki. Nie chodzi więc o apologetykę, ale o uczciwość intelektualną. Pisał o tym Papież w encyklice Fides et Ratio, przypominając zasady relacji pomiędzy rozumem a wiarą, filozofią a teologią.

– Skoro ludzie zawsze wierzyli w duchy, to dlaczego Kościół walczy z szamanami, którzy chcą oczyścić świat ze zła?

– Chrześcijanie wierzą tylko w jedną moc – Jezusa Chrystusa.

– Demonologia, czyli nauka o złym duchu, budzi wątpliwości w łonie samego Kościoła.

– Wiele robimy, ale widocznie wciąż za mało, np. w 1999 r. wydano nowy rytuał egzorcyzmu, który jest normalną księgą liturgiczną, jak księgi dotyczących bierzmowania czy chrztu, co świadczy o tym, że Kościół oficjalnie kontynuuje tę praktykę. Faktem jest oczywiście, że tę naukę wielu księży czy teologów kwestionuje, ale proszę pamiętać o tym, że prawie wszyscy ludzie wierzą w dobrą i złą energię. Jest to jakieś doświadczenie pierwotne, które wraz z upływem czasu zyskuje teoretyczne podwaliny. Można też siłom dobra i zła stworzyć taki dobry kierunek, że – jak w Harrym Potterze – siła Pottera jest częścią siły Voldemorta. Takie zagadkowe przedstawienie dobra i zła nie przyczyni się do rozkwitu prawdziwej odwagi czy przyjaźni, co podkreślała Gabriele Kuby w liście do kardynała Ratzingera. Moda na okultyzm lub na czary Harryego Pottera pokazuje, że ludzie wciąż szukają jakiegoś łatwego rozwiązania swoich życiowych problemów. Niestety, błędne interpretacje pchają ich w sidła Złego.

– Czyli są złe duchy chrześcijańskie i złe “cywilne”?

Nie, są to te same duchy, ale przybierają różne maski, np. demon współczesności nazywa się kultura, a jego umiłowanym dziecięciem jest idea neutralności czy tolerancji. Zresztą widać to już po samej rozmaitości imion szatana w Biblii. Proszę pamiętać, że diabeł świadomie i dobrowolnie wypowiedział posłuszeństwo Panu Bogu, a przedstawiciele magii czy okultyzmu nie są tak absolutnie jednoznacznie przeciwni eschatologicznej wizji Chrystusa.

– Zło magii polega na tym, że nie jest nasza, chrześcijańska, tak? Niewierzącemu opętanie nie zagraża?

– Nie. Ateiści bywają opętani, są często narzędziem Złego. Tym bardziej że ateiści najczęściej bywają anty-teistami, którzy nie chcą lub nienawidzą Boga. Czasem się nawracają, nie mogąc znieść opętania, nie otrzymując pomocy od umiłowanej przez siebie psychiatrii. Nie jest więc do końca tak, że gdyby nie wiara w Boga, wiara w diabła nie miałaby sensu. Szatan przychodzi tam, gdzie jest grzech, świadomie czynione zło – także wtedy, jeśli świadomość religijna zła jest odrzucana, nieuświadomiona czy zwyczajnie nieobecna.

– Jak odróżnić opętanie od działania magii?

– Magia nienawidzi słabości i cierpienia w każdej postaci, opętani alergicznie reagują na sacrum. Opętanie może być powodowane przez grzech magii zarówno u magika czy okultysty, jak i u osoby korzystającej z usług magicznych czy okultystycznych Opętane mogą być też ofiary działania czarnej magii, jeśli z własnej winy utraciły kontakt z ochronnym płaszczem Bożej Łaski. Gdy chodzi o ocenę zagrożeń magią, z punktu widzenia antropologii filozoficznej i teologicznej kluczem do zrozumienia jest słowo “wola”. Chrześcijanie uznali, że ludzka wola jest zbyt słaba, by osiągnąć dobro i potrzebuje pomocy Boskiej, a okultyści – wszystko opierają na swoim własnym potencjale.

– Jeżeli wierzę, mogę się czuć bezpiecznie w satanistycznym środowisku i nosić różne amulety?

– Nie. To jest pycha – nadmierna wiara we własną siłę. Diabeł szuka tylko okazji, by zagościć w naszych sercach. Znaki okultystyczne i satanistyczne, np. amulety czy talizmany – zwłaszcza jeśli faktycznie dotyczą wielowiekowych tradycji antychrześcijańskich – są znakami inicjacyjnej przynależności duchowej, otwierając nas na świat złych duchów, zapraszając je…

– Moja wola stwarza dobro i zło, czy to oznacza, że mam własne dobro i własne zło.

– Powiedziałem już, że nie! Akty woli stwarzają dobre i złe czyny, ale dobro i zło nie jest zależne od naszej woli. Kochająca rodzina nie stwarza dobrego porządku wartości, bo obiektywny porządek aksjologiczny istnieje bez względu na nasze czyny. Ale kochająca rodzina wciela dobro w świat i w tym sensie je stwarza. Wolność człowieka jest zakorzeniona w duchu i – uważam – że mylą się psychologowie czy socjologowie, którzy twierdzą, że istotą człowieka są potrzeby materialne.

– Jak pogodzić kreatywną wolę, która decyduje o dobru i złu, z nieświadomym oddziaływaniem pewnych symboli. Jeśli nieświadomie używamy pewnych symboli, które dokonują w naszym wnętrzu spustoszenia, czy to znaczy, że wola może wybierać zło nieświadomie?

– Człowiek, tak jak szatan, może ulegać iluzji i pokusie własnej boskości, a wola nie jest tożsama z racjonalnością lub wiedzą. Jacques Maritain twierdził, że szatan był pierwszym woluntarystą, bo prawie wszystko wiedział, a i tak głupio wybrał. Orygenes mówił, że grzech zniekształca duszę. Może dlatego trudno się nawrócić, nawet na łożu śmierci. Strach nie wystarczy ani tym bardziej wspomniane racjonalne argumenty.

– Dlaczego zakładamy, że wola jest tak głupia, iż słuchając muzyki satanistycznej, otwiera drzwi szatanowi?

– Znaki satanistyczne, muzyka i słowa muzyki satanistycznej budzą złą wolę, bo same powstały ze złej woli. Nie znaki materialne są tu ważne, ale to, co oznaczają. Groźna jest intencja, a nie dźwięk czy kawałek metalu. Dotykamy tu tajemnicy grzechu. Grzech przychodzi przez duszę. Wybory woli zmieniają duszę i dlatego jeżeli ktoś wybiera zło na gruncie woli, to potem może posiadać wielką wiedzę teoretyczną, pozwalającą na odróżnienie dobra i zła, ale to mu nic nie pomoże. Złe akordy mrocznego rocka czy pentagramy są często niebezpieczne, ponieważ stoi za nimi zła wola szatana. Poprzez znaki szatan mości sobie miejsce wewnątrz człowieka, czasami także poza świadomością.

– Skoro wszystko jest tajemnicą, skąd wiadomo, w której drużynie się gra? Skąd mam mieć pewność, że ojciec gra w drużynie Anioła?

– Musi Pani wierzyć i doświadczać, że gram w drużynie Pana Boga. Uczmy się wewnętrznego doświadczenia rozeznawania duchów, jak od wieków uczono w Kościele.

– Klęska racjonalności, zwycięstwo teologii miłosierdzia, zjazd egzorcystów w Częstochowie oznacza, że władzę nad światem sprawują demonolodzy. Główny egzorcysta w Polsce, ks. Marian Piątkowski, powiedział, że “przypadków rzeczywistego opętania jest bardzo niewiele, 2%”. Nie obawia się ojciec, że ludzie, którzy wiedzą o miejscu zamieszkiwania Złego, mogą decydować o naszym życiu?

– To oczywiste nieporozumienie. Egzorcyści nie mają żadnej władzy, ich jedynym orężem jest modlitwa – rozkaz skierowany do szatana w imię Boga. Jest to rytuał inicjacyjny i liturgiczny, choć różni się od zwykłej liturgii. Skuteczny egzorcyzm jest bowiem cudem w najpełniejszym tego słowa znaczeniu, bo dokonuje się tylko i wyłącznie mocą Boga. Dlatego właśnie egzorcyści są to bardzo prości i pokorni ludzie, pełni współczucia dla opętanych. Egzorcyści nie są uzurpatorami. Egzorcyzm jest całkowitym darem i to sam Jezus wypędza Diabła i wówczas bardzo wyraźnie widać siłę Boga.

– To, że ktoś jest pokorny i cichy nie znaczy, że nie spełnia wielkiej funkcji…

– Widząc to, co się dzieje w świecie, trzeba powiedzieć, że na pewno egzorcyści będą bardziej widoczni. Na Jasnej Górze spotkali się ludzie, którzy walczą o przywrócenie naturalnego porządku świata: by ludzie zaczęli się modlić i zwracali większą uwagę na grzechy, pokusy i kuszenia. Zapewniam Panią, że nie grozi nam megalomania, bo widząc, jak cierpi człowiek opętany, egzorcysta uczy się jeszcze większej pokory. W czasie Europejskiej Konferencji Posługi Uwolnieniu, która pierwszy raz odbyła się w Polsce, zastanawialiśmy się, jak sprawom duchowym przywrócić właściwe miejsce.

Naukowa pedagogika czy magiczne uzdrowicielstwo?

Pisaliśmy już wcześniej o kinezjologii edukacyjnej, zwanej metodą Dennisona, która posiada wyraźne korzenie światopoglądów orientalnych, odwołując się – często w ukryciu lub w gąszczu wielu niedopowiedzeń – do ideologii meridianów czy czakramów oraz propagowania akupunktury i akupresury, orientalnych form leczenia. Ta praktyka uzdrowicielska jest szczególnie obecna w pokrewnej kinezjologii terapii nazywanej dotykiem dla zdrowia. Wielu instruktorów kinezjologii jest też instruktorami dotyku dla zdrowia, to znaczy, że nie tylko pracują tą techniką, ale i mogą jej nauczać (por. A. Posacki, Światopoglądy orientalne w edukacji? Kontrowersje wobec Kinezjologii Edukacyjnej i podobnych praktyk, „Nasz Dziennik”, 24-25 IX 2006, s. 21-22).

 

Kinezjologia, choć nie ma przekonywających, a nawet wystarczających podstaw naukowych, jest propagowana na licznych kursach (dokształcających i podyplomowych, a nawet już na wyższych studiach) dla nauczycieli i pedagogów, co łączy się z otwarciem na światopogląd orientalnych religii i filozofii, a niekiedy także na światopoglądy okultystyczne, związane np. z kabałą. Sprzyja temu otwarciu fakt, że kinezjolodzy przedstawiając swoje propozycje, oferują zwykle także inne niż kinezjologia terapie, w których dodatkowo się specjalizują, gdzie obok wątpliwych racji naukowych oferują propozycje teorii i praktyk o proweniencji orientalnej czy okultystycznej. Mimo tego, że propagowane są one w sektorze edukacji i szkolnictwa, dotyczą szeroko zakrojonych praktyk uzdrowicielskich, podobnych do bioenergoterapii oraz innych praktyk „holistycznych”.

 

Pseudonaukowy charakter kinezjologii edukacyjnej

Według opinii naukowej wydanej 20 października 2006 r. przez Polską Akademię Nauk (PAN), kinezjologia edukacyjna nie ma podstaw naukowych. Oto wnioski końcowe raportu opracowanego przez prof. dr hab. Annę Grabowską na zlecenie Komitetu Neurobiologii Polskiej Akademii Nauk. Dokument został podpisany przez prezesa Polskiego Towarzystwa Badań Układu Nerwowego, prof. dr hab. Małgorzatę Kossut oraz prof. dr hab. Annę Grabowską z ramienia Komitetu Neurobiologii Polskiej Akademii Nauk:

1. założenia metody Dennisona nie są zgodne ze współczesną wiedzą dotyczącą funkcjonowania mózgu,

2. większość tez dotyczących wyników rzekomych badań naukowych, na których opiera się metoda, jest fałszywa,

3. opisy procesów i zasad funkcjonowania mózgu zawarte w publikacjach kinezjologii edukacyjnej nie mają sensu z punktu widzenia naukowego,

4. dr Paul E. Dennison najprawdopodobniej nigdy nie prowadził badań naukowych nad wpływem proponowanych przez niego ćwiczeń na procesy zachodzące w mózgu oraz na wyniki uczenia się,

5. niektóre proponowane przez niego ćwiczenia ruchowe mogą przynosić pozytywne skutki, zwłaszcza w zakresie poprawy funkcji ruchowych i wzrokowo-motorycznych.

Ten ostatni punkt to jednak zbyt mało, aby uznać wiarygodność tej metody, której ambicje uzdrowicielskie są o wiele większe. W „Uwagach końcowych” raportu PAN czytamy: „Oczywiście można się zastanawiać, jak mogło dojść do tego, że w Polsce metoda Dennisona uzyskała tak dużą popularność. Niestety w Polsce cierpimy na brak dobrych metod do diagnozy i terapii wielu różnych zaburzeń i dysfunkcji, takich jak ADHD, dysleksja czy różne zaburzenia zachowania. Z drugiej strony, istnieje zrozumiały nacisk ze strony rodziców oraz środowisk zajmujących się terapią tych zaburzeń na wprowadzanie nowych technik, mających przynieść poprawę stanu dzieci cierpiących na te zaburzenia. To oczywiście stwarza bardzo podatny grunt do rozwijania się metod, które z nauką nie mają nic wspólnego, a dzięki dobremu marketingowi oraz stosowaniu pseudonaukowego języka znajdują chętnych do ich opanowywania i stosowania. Takie przykłady pokazują, jak ważne jest, by państwo przeznaczało znacznie większe sumy na badania naukowe oraz oparty na tych badaniach proces opracowywania i wdrażania dobrych metod diagnostycznych i terapeutycznych. Ma to bowiem kluczowe znaczenie społeczne. Wszystkie działania zmierzające do opracowania tych metod powinny być prowadzone we współpracy z naukowcami zajmującymi się badaniami nad funkcjonowaniem mózgu, by uniknąć wprowadzania do obiegu społecznego procedur o żenująco niskich podstawach naukowych” (pełny tekst znajduje się na stronach internetowych PAN lub mojej książce „Psychologia i okultyzm”, Gdańsk 2007).

Podobnie druzgocąco negatywna jest opinia prof. dr hab. Ewy Pisuli z Wydziału Psychologii na Uniwersytecie Warszawskim, dla której „upowszechnianie sposobu myślenia o przyczynach zaburzonego funkcjonowania dzieci z problemami rozwojowymi oraz postulowanych sposobów postępowania obecnych w opracowaniach Paula Dennisona i Gail Dennison oraz w polskich opracowaniach dotyczących kinezjologii edukacyjnej, ma więcej wspólnego z ‚cudownymi’, magicznymi kuracjami niż rzetelną wiedzą i rzeczywistymi możliwościami pomocy osobom z autyzmem i innymi zaburzeniami rozwoju.

Na próżno szukalibyśmy terminów takich, jak ‚neurokinezjologia’ czy choćby ‚integracja mózgu’ w bazach bibliograficznych zawierających poddane empirycznej weryfikacji opracowania na temat autyzmu. Nie sposób też trafić na prace Paula Dennisona, zawierające tezy obecne w jego opracowaniach wydanych w Polsce w uznanych, kierujących się zasadami obiektywnego poznania i rzetelnego dokumentowania formułowanych sądów pismach z dziedziny psychologii czy neurobiologii.

Lektura wydanych w języku polskim prac P. Dennisona i G. Dennison budzi ogromne wątpliwości. Jest w nich wiele kontrowersyjnych sformułowań, o których w najlepszym wypadku można powiedzieć, że są niejasne. Nie brakuje też jednak stwierdzeń, które w świetle współczesnej wiedzy z zakresu psychologii i neurobiologii są całkowicie błędne, kompletnie nieuzasadnione, a nawet brzmią groteskowo” (opinia przesłana na adres Katolickiego Stowarzyszenia Wychowawców w Warszawie).

Podobnie twierdzą inni naukowcy. Według prof. dr hab. T. Kukołowicz z KUL (opinia przesłana na adres Katolickiego Stowarzyszenia Wychowawców w Warszawie), kinezjologia nie spełnia podstawowych naukowych kryteriów metodologicznych, a ponadto brak w niej prawdziwie personalistycznych odniesień do transcendencji osoby ludzkiej. Według dr Zofii Kułakowskiej, neurologa dziecięcego, założenia teoretyczne tekstów Dennisona nie odpowiadają aktualnie znanej wiedzy neurologicznej, publikowanej w literaturze angielskiej, francuskiej i amerykańskiej (opinia przesłana tamże). Podobnie sądzi dr n. med. M. Borkowska, która uważa, że porównanie założeń kinezjologii edukacyjnej z aktualną wiedzą medyczną stawia tę koncepcję w pozycji metody niemającej naukowych podstaw teoretycznych i uzasadnienia w neurofizjologii i neuropsychologii. Jest to bowiem „podejście paramedyczne i parapsychologiczne” (tamże). Parapsychologia, zwana dziś psychotroniką, i okultyzm są sobie bardzo bliskie.

 

Pseudonauka przyciąga okultyzm

Niskie podstawy naukowe lub wręcz pseudonaukowe sprzyjają propagowaniu często przez samych kinezjologów metod o proweniencji orientalnej czy wręcz okultystycznej lub ezoterycznej. Jedną z takich metod jest terapia czaszkowo-krzyżowa, znana także jako terapia kranialna (Craniosacral therapy), reklamowana jako „holistyczny” system terapeutyczny, osadzony w tradycji duchowej (!) Ayurwedy (forma indyjskiej medycyny), zaliczana przez niektórych do metod ezoterycznych (ks. C. Pilar).

Metoda ta mająca duże znaczenie w dotyku dla zdrowia zakłada, że pod wpływem rozmaitych czynników – urazów, stresu, traumatycznych przeżyć – powstają w organizmie „cysty energetyczne”, które blokują jego prawidłowe funkcjonowanie. Podczas zabiegu uwalniają się negatywne emocje, czasami wygląda to jak napad padaczki. Drgawki powodują szybsze uwalnianie napięć, a towarzyszą im obrazy, myśli, płacz, krzyk lub śmiech. Uwolnienie następuje jeszcze przez tydzień od zabiegu, lecz nie jest już tak dramatyczne – mogą pojawić się sny, myśli, może przypomnieć się coś, o czym dawno zapomnieliśmy. Jaką w istocie naturę posiadają podobne doświadczenia?

Te dziwne objawy wynikają z faktu – jak głosi ideologia – równoważenia zaburzenia równowagi układu czaszkowo-krzyżowego (także tu – jak w dotyku dla zdrowia, dotyka się pacjenta, co może mieć charakter inicjacyjny). Istotny jest ruch, pulsacja i moc płynu mózgowo-rdzeniowego. Ten ruch jest przejawem „oddechu życia” w nas, rozumianego jako pulsacyjny ruch pierwotnej energii życia – niezbędnej dla dobrego zdrowia i radości życia. Jest „pierwotną energią” utrzymującą zakodowany genetycznie „hologram” każdego z nas, decydującą o wszystkich aspektach zdrowia (ciała, umysłu i sfery duchowej).

Widzimy, jak całościowe są aspiracje tego rodzaju terapii. Wkracza się tu wyraźnie na obszar duchowy, odpowiednio przedefiniowany. Mówi się o tej terapii, że ma charakter holistyczny. Holizm jest jednak „błędem antropologicznym” (określenie Jana Pawła II), o czym jeszcze powiemy. Podobnie jest z terapią polarity, modnej wśród kinezjologów i opartej na naukach medycyny Wschodu. W ten sposób kinezjolog pod szyldem pedagoga pracuje jako „bioenergoterapeuta”, co umożliwia także wcześniej dotyk dla zdrowia – wierny brat kinezjologii edukacyjnej propagujący „wszechmocny”, „boski” i wszechobecny panenergetyzm. W dotyku dla zdrowia zakłada się bowiem, że życie człowieka jest podtrzymywane poprzez nieustanny, swobodny przepływ energii w ciele, a każde zakłócenie tego przepływu wywołuje zaburzenie w funkcjonowaniu organizmu; energia ta, zwana w medycynie chińskiej „chi”, przemieszcza się kanałami energetycznymi – meridianami, których przebieg w ciele człowieka znany jest od tysięcy lat medycynie chińskiej. W kinezjologii używa się także hinduskiego pojęcia czakramów.

Zasady są tu podobne, co w bioenergoterapii i homeopatii, a także w reiki, która jest formą kryptoreligijnej inicjacji. Wielu kinezjologów propaguje i praktykuje reiki. Według zwolenników to dawna tradycja naturalnego uzdrawiania ponownie odkryta pod koniec XIX w. przez Japończyka M. Usui. W takiej formie reiki jest reklamowana. Podkreśla się ponadto, że nie ma ona charakteru religijnego. Tymczasem reiki jest nie tylko światopoglądem, ale i kultem, także z tej racji, iż jest nie tylko techniką, ale i inicjacją.

Reiki wyrasta bowiem z kontekstu okultystycznej (magicznej) inicjacji (kontrinicjacji) samego twórcy tej metody, M. Usui, i transmisji inicjacyjnej duchowych postaw, opartych na magicznej „manipulacji sacrum” oraz profanicznym przedefiniowaniu wielkich religii, jak buddyzm i chrześcijaństwo, w duchu magicznego uproszczenia i synkretyzmu (gdzie zawsze mówi się też o reinkarnacji). Nieprzypadkowo jest to jedna z najpopularniejszych metod czy inicjacji New Age, wcielającej wszystkie teoretyczne i praktyczne zasady tego ruchu. Odpowiada też zasadom spotykanym w bioenergoterapii.

Wyznawcy kinezjologii i wspomnianych praktyk pokrewnych nieustannie dotykają problemów religijnych i inicjacyjnych. Nic dziwnego, że w idolatrycznym ubóstwieniu energii idzie się dalej bez granic, których nie posiada rzekomo wszechobecna energia kosmiczna. Tak dochodzimy do kultu kabalistycznej Merkaby.

Kurs Merkaba, czyli kult energii kosmicznej

Merkaba praktykowana przez niektórych kinezjologów to ideologia parareligijna i ezoteryczna oparta o zasady „świętej geometrii” i kabały. Jedno i drugie obecne jest silnie w tradycji ezoterycznej, wolnomularskiej. Merkaba to rzekomo żyjące pole energetyczne człowieka. Aktywacja tego pola otwiera niewiarygodne możliwości, od ochrony po uzdrawianie siebie i innych. Jest też kluczem do przejścia w wyższe wymiary. Medytacja Merkaba to 17 oddechów połączonych z odpowiednimi mudrami (rytualne gesty rodem z hinduizmu) i komendami dotyczącymi prędkości i kierunków rotacji pola. Wszystkie te dane pochodzą z jogi czy kabały ze starożytnej tradycji Atlantów (Atlantyda to ziemia obiecana ezoteryków i okultystów), a pośrednio Egipcjan. Warsztaty obejmują m.in.: naukę „medytacji” aktywującej pole Merkaba, „świętą geometrię” ciała świetlistego, starożytne praktyki oddechowe, uzdrawianie wewnętrznego dziecka (temat modny w klasycznej psychoterapii, co sprzyja asymilacji tej teorii).

Podstawowym warunkiem doświadczania pozytywnego wpływu pola Merkaba na wszystkie aspekty naszego życia jest wypełnienie go czystą, bezwarunkową miłością. Dzięki intencji na danej energii pola można usuwać napięcia, żyć w harmonii, uzdrawiać oraz nawiązać trwałą więź z wyższym ja (termin oznaczający zwykle boski charakter ludzkiego ducha – poza Łaską Boga – jak to jest u Junga, Silvy i w magii Kahunów). Ostatecznym celem użycia narzędzia, jakim jest Merkaba, jest „samorealizacja” – wypełnienie życiowej misji człowieka tu, na Ziemi. Brzmi to bardzo psychologicznie, a zarazem religijnie i przekracza wymiary czysto terapeutyczne. Ponieważ Merkaba jest polem programowalnym, analogicznie do kryształów zdolnych przechowywać i przesyłać zakodowaną informację, można w niej umieścić dowolną intencję, która będzie do odwołania realizowana. Pole Merkaby można rzekomo dowolnie programować dla realizacji własnych potrzeb lub dla dobra całego świata. Człowiek osiąga w ten sposób rzekomo „boskie możliwości”.

Regularne praktykowanie medytacji Merkaba (rotacja samoistnie wygasa po 48 godzinach, więc pole trzeba na nowo aktywować) pomaga przygotować się do przejścia do wyższego wymiaru, ponieważ pierwotnie Merkaba jest pojazdem świetlnym służącym do podróży właśnie pomiędzy wymiarami. W tym trudnym, ale ciekawym okresie przejściowym uzyskujemy pomoc, między innymi ze strony zaawansowanych duchowo istot, które inkarnują się jako „dzieci indygo”, by tworzyć nową rzeczywistość. „Dzieci indygo” to ideologia popularna w kręgach kinezjologów, szczególnie na wysokim szczeblu. Nazwa „indygo” pochodzi od koloru „aury” tych dzieci. Jest to kolor czakry zwanej „trzecim okiem”, znajdującej się między brwiami i odpowiadającej rzekomo m.in. za zdolności jasnowidzenia i widzenia energii.

Prawidłowo działające pole Merkaby ma średnicę ok. 18 metrów, proporcjonalnie do wzrostu człowieka. Wirująca Merkaba może być wyświetlona na monitorze komputera przy zastosowaniu odpowiednich urządzeń. Wygląda identycznie jak powłoka termiczna Ziemi na zdjęciu w podczerwieni – posiada ten sam podstawowy kształt tradycyjnego latającego spodka. Jest to typowa „materializacja duchowości”, charakterystyczna dla ideologii New Age i typowa dla ideologii holistycznej, mającej monistyczny charakter, co jest błędem antropologicznym.

Niezależnie jednak od poszczególnych praktyk „holistycznych”, tak pojęty „holizm”, oznaczający wzajemną zależność wszechrzeczy, można interpretować w bardzo niebezpieczny, antypersonalny sposób, tworząc coś w rodzaju koncepcji „kosmicznego komunizmu” (M. Bierdiajew), rozmywając redukcyjnie pojęcie osoby w koncepcji ludzkiego pola energetycznego, będącego jedynie fragmentem większego, jednolitego, energetycznego pola (w obrębie którego jednak osobowy Bóg się nie mieści). Teoria holizmu – szczególnie, gdy jest nadużywana w jakiejś pozabiologicznej czy ponadnaukowej ideologii – może być więc formą orędzia światopoglądowego, metafizycznego czy teologicznego. Natomiast wszelki – w opisanych wcześniej teoriach – „uzdrowicielski dotyk” może być w powyższym kontekście formą praktycznej inicjacji wprowadzającej w doświadczenie kultyczne, religijne, parareligijne, magiczne czy okultystyczno-spirytystyczne.

Nie mając na to naukowych dowodów, przyjmuje się jednak jako teoretyczne założenie we współczesnej praktyce tzw. dotyku terapeutycznego (therapeutic touch), że wszystkie istoty żywe są polami energii, które z kolei stanowią część większego pola (istnieje rzekomo interakcja pól jednostek). Terapeuta dotyku terapeutycznego (np. terapia polarity, shiatsu, reiki, czy inne formy „metafizycznego masażu” kontaktowego lub bezkontaktowego) zmierza natomiast do ukierunkowania tej interakcji w celu „przemodelowania” lub „zrównoważenia energii” u osoby, którą leczy, przywracając równowagę, co my uważamy za zdrowie (J. Trevelyan, B. Booth, Medycyna niekonwencjonalna. Prawda i mity, Warszawa 1998). Takie założenie jest jednak założeniem metafizycznym, wynikającym z określonej filozofii „holizmu”. W taki sposób dotyk terapeutyczny przeradza się w dotyk metafizyczny (parareligijny, inicjacyjny, spirytystyczny czy magiczny).

 

Holizm jako „błąd antropologiczny” i „grzech idolatrii”

Zastrzeżenia wyrażone z filozoficzno-teologicznego punktu widzenia wobec teorii holizmu dotyczą także medycyny holistycznej. Zajęcie się tym tematem jest dodatkowo ważne z tej racji, że dotyczy praktycznie losów ludzkich, co potwierdza także praktyka duszpastersko-egzorcystyczna, która rejestruje ogromną ilość zniewoleń duchowych, a nawet opętań demonicznych za sprawą medycyny okultystycznej czy magicznej, ukrywającej się za paranaukową czy pseudonaukową terminologią hipotez „holistycznych”.

Dla podbudowania praktyki medycyny holistycznej może dzisiaj służyć pitagorejsko-platoński, buddyjski, hinduistyczny czy spinozjański model filozofii, który zakłada uniwersalną harmonię, gdzie receptą na zdrowie jest jej przywrócenie przez właściwe życie (etyka), wyrażające się w postawie altruistycznej, umocnionej przez umiar i zrównoważenie. W ezoterycznej tradycji filozoficznej całkowite przywrócenie zdrowia oznacza powrót do stanu nieskalanej całkowitości obejmującej wszelkie żyjące istoty, a nade wszystko zjednoczenie z najwyższym źródłem.

Współczesna filozofia medycyny holistycznej jest bardziej pragmatyczna i powierzchowna, ograniczająca się do banalnych i uproszczonych technik, nazywanych „technikami energetycznymi”, mającymi zastąpić dawne rytuały religijne czy magiczne, a szczególnie postawę religijno-etyczną, której trudna i wymagająca realizacja w życiu ludzkim była warunkiem uzdrowienia. Twierdzi się nawet bezpodstawnie, że wszelkie dawne „rytuały religijne” (nie wyłączając chrześcijańskich sakramentów) to zjawiska, które współcześnie należy traktować jako „techniki energetyczne”.

W taki sposób uproszczenia naukowe, paranaukowe, a zwłaszcza psedonaukowe bardzo łatwo mogą się sprzymierzać z magicznymi technikami oferującymi zupełnie fałszywą filozofię człowieka i błędną teologię medycyny w niebezpiecznej praktyce, mogącej być przyczyną zniewolenia duchowego, a także destrukcji psychofizycznej (z niebezpieczeństwem śmierci włącznie). Nic więc dziwnego, że paranaukowa (lub pseudonaukowa) literatura holistyczna zawiera w swojej bibliografii okultystyczne teorie H. Bławatskiej i A. Bailey (kierowanych przez tego samego ducha przewodnika). Duch przewodnik A. Bailey zwany „Tybetańczykiem” stwierdził, że „każda choroba jest dysharmonią oraz brakiem pewnego wyrównania i opanowania” i że jego zadaniem jest danie światu informacji „o prawdziwych i okultystycznych przyczynach chorób, ich ukrytym pochodzeniu, o dziele leczenia prowadzonym i usankcjonowanym przez Wielką Białą Lożę” [Wielkie Białe Bractwo] (A. Bailey, Leczenie ezoteryczne, Warszawa 1997, s. 105).

Ogólnikowy i pseudonaukowy język nie niweluje niebezpieczeństwa uwikłania w okultyzm i realizacji tajemnych planów mocy ciemności. Mediumizm spirytystyczny w „uzdrawianiu” można wyrazić w „neutralnym” języku twierdząc, że holistyczny „uzdrowiciel jest czymś na podobieństwo przekaźnika i w sposób niejako bierny, choć wymagający ogromnej wnikliwości, pozwala kosmicznej energii bez przeszkód płynąć przez swoje własne pole do pola osoby leczonej. Musi być wyczulony na zaburzenia i dolegliwości chorego, ale równocześnie świadomy całkowitości tej osoby na wyższych poziomach bytu. (…) Decydującym czynnikiem może być również pełna synchronizacja wszystkich trzech pól: niewyczerpywalnego źródła, uzdrowiciela i uzdrawianego. O tym wszystkim wiemy bardzo mało” (R. Weber, Filozoficzne fundamenty uzdrawiania, w: D. Kunz, Duchowe aspekty medycyny, Gdynia 2000, s. 49).

Niebezpieczeństwem medycyny holistycznej – w każdej jej formie, paranaukowej i okultystycznej – jest fakt pomieszania tego, co duchowe z tym, co materialne, gdzie „duch” jest błędnie utożsamiany z „energią” (D. von Hildebrandt). Pomieszanie tych wymiarów ontologicznych, przekraczanie granic metodologicznych, fałszywe ekstrapolacje to główny filozoficzny problem tzw. „holizmu” (gr. holos – cały), a właściwie nadużycia tej teorii w sposób nieuprawniony. Ten błąd filozoficzny łączy się z zamachem na chrześcijańską teologię medycyny. Stąd wedle ks. C. Pilara, „tak zwane ‚terapie alternatywne’ wnoszą w społeczeństwo przede wszystkim ‚alternatywne światopoglądy’. Przede wszystkim tam, gdzie leczenie określa się mianem ‚całościowego’. Samo pojęcie ‚całościowa medycyna naturalna’ jest pojęciem ideologicznym. Stwierdza bowiem, że natura może leczyć i uzdrawiać całego człowieka. W ten sposób tak zwana medycyna całościowa przesuwa się w obszar duchowości i religijności” (C. Pilar, Ezoteryzm a chrześcijaństwo, Kraków 2002, s. 131).

Medycyna holistyczna zawłaszcza więc obszar duchowości i religijności, ale w swoistej perwersji grzechu idolatrii, który łatwo otwiera człowieka na ingerencje demoniczne. Podobnie uważa znany chrześcijański badacz New Age, D.R. Groothuis, gdy stwierdza, że „koncepcja zdrowia holistycznego kieruje się wielkim kłamstwem twierdząc, że jesteśmy panami naszego własnego przeznaczenia i rzeczywistości. Oczywiście nie ulega wątpliwości, że Stwórca wyposażył nas w możliwości wykorzystania naturalnych procesów leczenia. Jednak wszyscy podlegamy moralnej i fizycznej degeneracji z powodu grzechu. Zdrowie holistyczne ignoruje rzeczywistość upadku i grzeszności człowieka, oferując – zamiast zjednoczenia ze Świętym Bogiem poprzez Jezusa Chrystusa – osiągnięcie dobrego zdrowia i tzw. pełni” (New Age. Czy naprawdę nowa era?, Katowice 1994, s. 80).

Choroba, chociaż ma aspekty pozytywne jako wykazanie wierności sprawiedliwego i jako środek zadośćuczynienia za naruszenie sprawiedliwości przez grzech, i również jako okazja do skruchy grzesznika i jego wejścia na drogę nawrócenia, pozostaje złem. W Starym Testamencie Izrael doświadcza tego, że choroba w tajemniczy sposób wiąże się z grzechem i złem. Wśród kar, którymi Bóg grozi ludowi za jego niewierność, szerokie miejsce zajmują choroby (por. Pwt 28, 21-22.27-29.35). Chory, który błaga Boga o uzdrowienie, wyznaje, że został słusznie ukarany za swoje grzechy (por. Ps 37; 40; 106, 17-21).

Z punktu widzenia chrześcijańskiej teologii medycyny uzdrowienie bytu ludzkiego (zarówno „ducha”, jak i różnego od niego „ciała”, gdyż dopuszczamy dualistyczny hylemorfizm antropologiczny w przeciwieństwie do monizmu neognozy) może dokonywać się jedynie w kontekście zbawienia czy też świętości nieodłącznej od zbawienia. Etymologicznie fałszywie utożsamia się całościowość holistyczną ze świętością, która ulega w tych teoriach swoistemu i niebezpiecznemu przedefiniowaniu. Świętość człowieka w wizji chrześcijańskiej łączy się ściśle ze zbawieniem dokonywanym w człowieku przez Boga, czego wyrazem jest także uzdrowienie ciała. W kontekście chrześcijańskim nie ma zdrowia bez zbawienia, a zbawienie zaczyna się od skruchy człowieka i przebaczenia grzechów przez Boga, które zaistniały za sprawą wolności człowieka.

W kontekście tak pojętego zbawienia-świętości możliwe jest jakiekolwiek pełne uzdrowienie, także uzdrowienie ciała pojętego jako „równowaga wibracji” czy też „harmonia energetyczna” w psychofizycznej części bytu ludzkiego, która bynajmniej nie wyraża całości bytu ludzkiego. Zbawienie natomiast jest to swoista równowaga czy harmonia (o ile można użyć tych pojęć per analogiam) stanu duszy czy też ducha, będąca tylko i wyłącznie owocem eliminacji skaz etycznych czyli grzechów, a następnie (jakby w dalszym ciągu) owocem miłosnej wierności osobowemu Bogu, co buduje relację z Nim, decydującą o wszystkim: zarówno o zbawieniu, jak i uzdrowieniu.

Nie ma mowy o żadnej technice w intymnej relacji z Bogiem, gdyż miłość wyklucza wszelką techniczną instrumentalizację. Bez osobowej relacji duchowej człowieka ze Stwórcą jakiekolwiek techniczne zabiegi wokół harmonii układu czy ciała psychofizycznego z punktu widzenia chrześcijańskiej antropologii teologicznej są pozbawione jakiegokolwiek sensu, a nawet zwodnicze (gdyż przesłaniające palący i realnie „bolesny” problem, który wyraża choroba będąca zawsze jakąś „informacją teologiczną”). Materialno-energetyczny układ psychosomatyczny jest bowiem ściśle zależny od stanu niematerialnej duszy duchowej, której stan określa się jedynie poprzez duchowo-etyczną czy wręcz miłosną relację do samego Stwórcy, który jest Panem Wszechmogącym wszelkiej materii, energii, psychofizyczności czy cielesności.

Zaburzenia w sferze psychosomatycznej, czyli zewnętrznej, z antropologicznego punktu widzenia są jedynie przejawem, symptomem, manifestacją wewnętrznego stanu duszy czy ducha w jego relacji do Boga Stwórcy i dlatego mają pewien „sens teologiczny”, którego nie można pomijać i lekceważyć, a który należy odczytać jako pewnego rodzaju „informację teologiczną” pochodzącą od Stwórcy.

Bert Hellinger

W Polsce pseudonaukowe teorie szerzone przez niemieckiego „terapeutę” Berta Hellingera i jego epigonów propagowane są w czasopismach psychologicznych, a nawet – niedawno – na stronach Ministerstwa Zdrowia. Mogą one być jednak wielce niebezpieczne dla poszczególnych uczestników hellingerowskich seminariów i wielkich inscenizacji. Stosuje on bowiem wyrwaną z kontekstu, znaną od dawna technikę terapii rodzinnej zaopatrzoną we własny, szczególny ezoteryczno-spirytystyczny światopogląd.
„Ustawienia rodzinne” Hellingera dotyczą w większości zmarłych, traktowanych jako wielkie pole energii, którego pojedynczy człowiek jest tylko fragmentem, pozbawionym samoistnie i poważnie pojętej wolności. Terapia polega tu na „wyrównaniu” energii pola, w kluczu swoiście pojętej amoralnej i mechanicznej „sprawiedliwości” oddawanej zmarłym członkom rodzinnego klanu, odciętej jednak od sądów indywidualnie pojętego sumienia, opartego na tradycyjnie pojętym dobru i złu. Stąd u Hellingera najbardziej niebezpieczne jest niszczenie ludzkiego sumienia w połączeniu z otwarciem na spirytyzm (co ukrywa i banalizuje swoista nowomowa). Sprzyja temu nieweryfikowalność i pseudonauka, na której bazują jego iluministyczne i upraszczające oceny złożonych ludzkich problemów.
Pseudoterapeutyczne udawanie boga Prestiżowe czasopismo „Psychologie heute” krytykuje od dawna pseudonaukową i niebezpieczną „metodę” Hellingera. W numerze 3/1998 Andreas Fincke, referent Ewangelickiego Centrum Problemów Światopoglądowych, postawił pytanie: „Kto przeszkodzi temu, aby Hellinger w obecności 500 zachwyconych widzów ulegał swojemu własnemu oddziaływaniu i rozwijał mrzonki o wszechmocy?”. Czasopismo „Focus”, nr 13/98, przypisuje Hellingerowi „zastraszający terapeutyczny despotyzm”. Podejmuje, moim zdaniem, zupełnie trafnie problem traktowania na serio wynurzeń Hellingera o rodzinie i rodzie przez niektórych wykształconych psychologów. To właśnie jest bardzo niebezpieczne. Nie przeszkadza to jednak, że tacy uczniowie Hellingera, jak J.E. Lynch, pojawiają się także na KUL, co – jak się wydaje – jest owocem manipulacji niektórych organizatorów tego rodzaju spotkań. Ponadto w Polsce ideologię Hellingera, NLP i inne pseudonaukowe teorie oraz praktyki propaguje czasopismo psychologiczne „Charaktery”. Natomiast w niemieckim naukowym czasopiśmie psychologicznym „Report Psychologie”, nr 5-6/99, profesorowie Lukesch, Perrez i Schneewind podkreślają, że „pseudonaukowe i pseudopsychologiczne oferty”, do których zaliczają się „ustawienia rodzinne” według Berta Hellingera, „mimo swego niepoważnego charakteru zdobywają liczną publiczność”. Ubolewają także: „Nie można nie zauważyć tego, że na tym półlegalnym rynku działają psychologowie o wykształceniu akademickim, którzy swoimi tytułami akademickimi przydają tym metodom powagi, co do której nie ma żadnych rzeczowych podstaw”. Profesorowie proponują cały szereg inicjatyw, poczynając od uświadamiania opinii publicznej aż do udzielania upomnień, „jeśli rozpowszechniane są oferty terapeutyczne wskazujące na nadużycia pod względem prawnym”.

Według  psychologa i znawcy sekt Colina Goldnera z Forum Psychologii Krytycznej, nie znajdujemy u niemieckiego pseudopsychologicznego guru, jakim jest Hellinger, ani jednego parametru, który świadczyłby o poważnym, naukowym charakterze jego terapii: brak jest diagnozy, brak interwencji, brak wskazań, brak prakseologii, brak oceny terapii pod kątem racjonalności, skuteczności, nie ma tu niczego, co czyniłoby tę terapię poważną. Metoda Hellingera to istny szwindel. To zabarwione ezoteryką amatorskie przedstawienie i nic więcej. Może ono być jednak wielce niebezpieczne dla poszczególnych uczestników. Jest to słuszne tym bardziej, że Hellinger wyrwał z kontekstu znaną od dawna technikę terapii rodzinnej i zaopatrzył ją w swój szczególny ezoteryczno-spirytystyczny światopogląd. Właśnie ta ezoteryczna konotacja charakteryzuje jego terapię i odróżnia ją istotnie od poważnej terapii rodzinnej. Stąd towarzystwa niemieckie, ale i polskie (mówiące słabym głosem) odcinają się od tej koncepcji systemowości.

Oto fragmenty Stanowiska Niemieckiego Towarzystwa Terapii Systemowej i Terapii Rodzinnej (Deutsche Gesellschaft für Systemische Terapie und Familientherapie; dostępnego na stronie www.dgsf.org/themen/berufspolitik/hellinger):

1) „Praktyka ustawień rodzinnych według B. Hellingera daje Zarządowi powód do wyraźnej krytyki i rodzi niepokój o ewentualne narażanie na szwank klientów”.

2) „Hellinger w swoich wielkich przedstawieniach oddziałujących mocno na publiczność stosuje ustawienia rodzinne. Już tu rodzą się pytania o definicję roli terapeuty i definicję relacji wewnątrz tria: publiczność – klient – terapeuta. W swoich ustawieniach rodzinnych Hellinger postuluje istnienie porządku podstawowego i hierarchii oraz zawsze przedstawia swoje koncepcje, interpretacje i interwencje z absolutną pewnością, która w ogromnym stopniu ogranicza autonomię klientów [zob. dalej]. Jednocześnie unika poważnej i krytycznej dyskusji nt. swojej metody i woli otaczać się gromadą ‚wierzących’ zwolenników. Prowadzi to do powstania aury ‚niekrytykowalnego’, co jest nie do pogodzenia z przejrzystością terapii systemowej”

3) „Za niebezpieczną dla klienta i nie do przyjęcia pod względem etycznym ocenić należy również rzeczywistą praktykę ustawień rodzinnych” [tu następuje opis szczegółów]. Hellinger wyraźnie udaje boga, który ponadto zniewala człowieka. Dlatego Zarząd NTTSiTR wymaga od terapeutów i doradców terapii systemowej krytycznego i zdystansowanego stosunku do metod i sposobu postępowania B. Hellingera i wyraża nadzieję, że renomowani praktycy ustawień rodzinnych oddzielą się radykalnie od spekulacji czy „objawień” Berta Hellingera. Podobnie wygląda Stanowisko Towarzystwa Systemowego (Terapii Systemowej) z maja 2002 (Systemische Gesellschaft [Deutscher Verband für systemische Forschung, Therapie, Supervision und Beratung e.V.; dostępne na stronie www.systemischegesellschaft.de/download/stellunghellinger.pdf): „Jako jeden z wiodących Związków Psychoterapii Systemowej dystansujemy się od stosowania tego rodzaju ustawień rodzinnych, w trakcie których przy wyłączeniu osobistej odpowiedzialności za ewentualne skutki [zob. dalej] oraz przy braku jakiegokolwiek zabezpieczenia jakości i kontroli (np. przez superwizję) ludzie narażeni są na pewnego rodzaju ‚pracę uzdrowieniową’, w trakcie której wzbudza się w nich nierealne nadzieje i przekazuje ekstremalnie uproszczone związki myślowe”.
Związki pseudonauki z ezoteryzmem i spirytyzmem Te zależności można jeszcze zebrać w kilku punktach, które sugeruje cytowany już C. Goldner:

1) Osoby biorące udział w ustawieniu rodzinnym wchodzą w kontakt z – jak to nazywa Hellinger – wyższym, „wiedzącym polem”, które jest pewnego rodzaju „duszą świata” (tu krzyżuje się pseudonauka z dogmatycznym i parareligijnym ezoteryzmem, sięgającym m.in. do idei neoplatonizmu).

2) Hellinger stosuje w swojej terapii powtarzanie rytualnych zdań, skierowanych często bezpośrednio do osób zmarłych (taka jest klasyczna definicja spirytyzmu), np. „Ty jesteś wielki, a ja jestem mały”, „Oddaję Ci honor” (to działanie może mieć inicjacyjny charakter ewokacji spirytystycznych). Sam Hellinger przyznaje się do spirytyzmu i sympatyzuje z szamanizmem.

3) Ezoteryczne inklinacje Hellingera oraz spirytystyczne podejmowanie kontaktów ze zmarłymi przodkami lub wchodzenie w „wiedzące pole”, z którego wywodzi on swoje rzekomo „odwieczne prawdy”, spoufalają się z aktualnym duchem czasów (gdzie istotna jest moda na wiedzę paranormalną czy jasnowidzenie, będącą swoistą nieweryfikowalną, magiczną „drogą na skróty”).

4) Chodzi o to, że w obszarze niemieckojęzycznym są tysiące terapeutów i terapeutek, którzy pracują według zaleceń Hellingera. Wśród tej liczby znaleźć można zdumiewająco dużą ilość osób o kwalifikacjach akademickich, jednak większość z nich pochodzi z rozległego obszaru psychosceny ezoterycznej. Są to homeopaci, terapeuci wierzący w reinkarnację czy inni ezoterycy: po prostu wszystko, co pochodzi ze sceny ezoterycznej czy okultystycznej zasadniczo jest kompatybilne z Hellingerem.

Koncepcje Junga, Steinera, a nawet Crowleya korespondują z nim. Nawet jeśli terapia hellingerowska wielkim nakładem sił próbuje sprawiać wrażenie profesjonalnej, jest ze wszech miar nieprofesjonalna. Z poważną psychoterapią kliniczną ma tyle wspólnego, co astrologia z astronomią, a mianowicie zupełnie nic. Abstrahując od tego, większość terapeutów pracujących według koncepcji Hellingera nie jest uprawnionych do leczenia. Stąd Ewangelickie Biuro Centralne ds. Zagadnień Światopoglądowych w Berlinie zalicza autorytarną terapię ustawień B. Hellingera do myślenia ezoteryczno-magicznego. Ideologia rozpowszechniana przez jego „Międzynarodowy Zespół Rozwiązań Systemowych” i trzydniowe kursy przygotowujące przyszłych „terapeutów ustawień rodzinnych” krytykowana jest niezwykle ostro przez znawców sekt. Postrzegają oni to jako wspólnotę ideologiczną o charakterze kryminalnym, którego jednak na razie nie można potwierdzić pod względem prawnym. Tę opinię potwierdzają samodzielni badacze. Według Klaudii Barth, Hellinger jest przykładem na to, jak bardzo akceptowane jest – nawet w kręgach naukowych – „myślenie ezoteryczno-irracjonalne”. Koncepcja Hellingera jest mieszaniną socjoterapeutycznych metod ustawień rodzinnych oraz ezoteryczno-szamanistycznej wiedzy tajemnej. Podobnie pisze psycholog Irmela Wiemann: „Przed dwoma laty otrzymałam od pewnej pani psycholog pełen zachwytów list: ‚Hellinger jest dla mnie objawieniem’. Uchwyciła to, co najbardziej istotne w fenomenie Hellingera: Czyżby objawienie miało coś wspólnego z poważną terapią?”. Czemu to jednak służy?
Zamach na wolność i niszczenie sumienia W swoich terapiach krótkoterminowych, oferowanych podczas seminariów i wielkich inscenizacji, Hellinger głosi oddanym mu zwolennikom swoją uzyskaną potajemnie mądrość, przemawiając do nich kaznodziejskim tonem i nieustannie się uśmiechając. Zachowuje się jednak jak guru, którego nie można kwestionować, gdyż jego nieweryfikowalna wiedza pochodzi z „innego porządku” czy prywatnego objawienia. Hellinger ostatecznie udaje boga, który ponadto zniewala człowieka, choć mówi dużo o jego wyzwoleniu. Hellinger mówi o mistycznej „duszy”, ale nie zatrzymuje się przy niej, lecz umiejscawia ją w wyższej sile porządkowej (Ordnungsmacht). W ten sposób wkracza w wymiar duchowości, wyraźnie i świadomie przekraczając kompetencje psychologa. „Istnieją wymiary duszy, które nas przekraczają. Nie mamy duszy, lecz jesteśmy w duszy”. Ten „porządek” kosmiczno-boski działa wewnątrz każdego rodu czy klanu rodzinnego. Celem jest życie w „harmonii” z tym porządkiem – a to „bycie w harmonii nie jest czymś dowolnym”. W tym kontekście mówi też o sumieniu klanowym, rodowym, archaicznym czy kolektywnym, które przewyższa sumienie indywidualne, oparte na zasadzie indywidualnej wolności. Według niego jednak idea wolności, o której każdy sądzi, że ją w trakcie swego postępowania posiada, jest zupełną iluzją. Jest to także uderzenie w sumienie, we właściwie pojęte dobro i zło. Mamy też zamach na wolność Boga.

Hellinger sądzi, że odkrył naturalne zasady „wyższego” porządku, niemające nic wspólnego z darem Łaski, czyli wolnością Boga. One są ważniejsze od Boga. Ludziom, którzy szukają u niego pomocy, radzi, aby kierowali się tymi niewzruszonymi, odwiecznymi, ale i bezdusznymi zasadami. Jest to ważniejsze od wolności i miłości, od indywidualnego sumienia. Tylko nieliczni mogą odkryć te podstawowe siły działania i porządek kosmiczny. Oddziałuje on „nieświadomie”. Hellinger z góry odmawia osobie szukającej pomocy jakiejkolwiek zdolności rozeznania. Rozwiązanie problemu leży w porządku kosmicznym i szukający pomocy nie potrafi go dostrzec. Tylko on – Hellinger – może go rozpoznać. On ma wgląd w ten boski – ponad Bogiem – porządek świata i stamtąd otrzymuje intuicyjne czy mediumiczne natchnienia, jak ma wyglądać terapeutyczne rozwiązanie konkretnego przypadku. Podobnie działają „inicjowani” przez niego. Koncepcji pracy Hellingera nie da się więc zrozumieć w sposób logiczny i racjonalny. „Dusza łączy się z czymś więcej. Tak więc czasem przychodzi mi nagle na myśl rozwiązanie i widzę powiązania, których nie można wywnioskować. Zobaczyłem np., że jeśli ktoś nosi brodę, to ma matkę, która pogardza swoim ojcem i uważa się za kogoś lepszego”. Oto objawienie, iluminacja, gnoza… Jest to jednak gnoza, która musi zniewalać dusze i niszczyć sumienia. Terapia Hellingera jest dlatego niebezpieczna, że osoby szukające pomocy nie uczą się, jak zerwać „naturalnie” ze szkodzącymi im relacjami uzależnień. Muszą one poddać się autorytarnemu prowadzeniu terapeuty, który odmawia im zdolności samodzielnego wyjaśnienia ich egzystencjalnych i duchowych sytuacji życiowych. Wskutek tego wzmacnia się bezsilność i niesamodzielność osób, które przychodzą po pomoc. Nie tylko na gruncie ezoteryczno-spirytystycznych teorii, ale także poprzez autorytarny przymus ginie również ludzkie sumienie, które – z chrześcijańskiego punktu widzenia – decyduje nie tylko o zdrowiu i chorobie (związek grzechu z chorobą), ale też o zbawieniu wiecznym. Wrócimy jednak do tego – najwyższej wagi – tematu. Ks. Aleksander Posacki SJ „Nasz Dziennik” 2008-05-28

Czy homeopatia jest rzeczywiście bezpieczna? Okultystyczne konotacje paramedycznych teorii Hahnemanna

Wśród rozlicznych terapii alternatywnych, które się dzisiaj praktykuje, homeopatia zaliczana jest do najważniejszych. Ta powstała przed 200 laty metoda terapii, zainicjowana przez lekarza-ezoteryka Samuela Hahnemanna (1755-1843), stanowi punkt węzłowy, który nadaje jej szczególne znaczenie także na współczesnej scenie medycyny alternatywnej. Według Klemensa Pilara, z jednej strony w homeopatii zlewały się rozliczne stare idee i tradycje (np. neoplatonizm, hermetyzm, witalizm), z drugiej – powstała ona w okresie okrzepnięcia nauk przyrodniczych i sama się za taką uważa. W czasie starań o naukowe uznanie na poziomie akademickim pracowano zarówno nad uzasadnieniem przyrodniczym, jak również nad leżącą u jego podstaw filozofią. Istnieje na ten temat rozległa literatura. W końcu homeopatia staje się – ze względu na swoją specyfikę – punktem wyjścia dla spekulacji okultystycznych i ezoterycznych. Nic więc dziwnego, że doszło również do kontrowersyjnej debaty wśród chrześcijan wszystkich wyznań, czy i jak dalece homeopatia jest okultystycznym sposobem leczenia i czy przez to należy ją z chrześcijańskiego punktu widzenia rygorystycznie odrzucić. Również ten spór toczy się już od dziesięcioleci, ale w ostatnich 30 latach zyskał znowu na aktualności, co związane jest z popularyzowaniem homeopatii, galopującej na dzikiej fali okultyzmu. Wokół homeopatii trwa dyskusja od samego początku, od czasu odkrycia Hahnemanna, tj. przynajmniej od roku 1807. W duchu encykliki Jana Pawła II „Fides et ratio” nie należy więc unikać w tym względzie rozeznania zarówno intelektualnego, jak i ściśle duchowego (płynącego z wiary i kryteriów teologicznych). Homeopatia jest więc dziś interesująca z wielu względów. Nie tylko dlatego że w watykańskim dokumencie na temat New Age z 2003 r. zaliczona została do terapii, które reklamowane są dzisiaj w powiązaniu z myślą New Age, ale także z tej racji, że pacjenci często wiążą z tą metodą quasi-mesjańskie nadzieje, co przypomina poszukiwanie religijnego zbawienia.
Czy można zaufać „nieznanemu”? Mimo spekulacji naukowych, do których doprowadziła dyskusja z homeopatią na płaszczyźnie akademickiej, nie można nie zauważyć, że sami homeopaci przyznają, iż homeopatia sytuuje się poza ramami myślowymi obecnie ugruntowanych nauk przyrodniczych. Ponieważ z alternatywną koncepcją nauk przyrodniczych – jak przedstawiają to homeopaci – związane są także zagadnienia z filozofii przyrody. Dyskusja ta nie kończy się na wewnętrznym konflikcie nauk przyrodniczych, lecz dotyka także kwestii filozoficznych. Z roszczeniem do bycia medycyną całościową (wysuwanym co najmniej przez część homeopatów), która leczy człowieka będącego bytem osobowym, związane są wreszcie wypowiedzi, które wymagają objaśnienia teologicznego. Istnieje więc mnóstwo znaków zapytania na każdym polu, a mimo to zwolennicy homeopatii uporczywie wmawiają ludziom, że jest ona całkowicie bezpieczna. Na przykład liczne badania naukowe wykazują, że homeopatia może być niebezpieczna także, gdy chodzi o minimalne elementy cząstek chemicznych, które są w roztworze. Pewne substancje pozostają toksyczne, nawet gdy tej masy jest bardzo mało. Jest więc możliwość, że leki homeopatyczne wywołują działanie swoiste, a także swoiste i realne działanie niepożądane. Stąd w ocenie bezpieczeństwa tych preparatów niezbędne będzie oszacowanie stosunku ryzyko-korzyść, podobnie jak w przypadku każdego innego leku.

Badania (prowadzone zresztą w XX wieku, np. Stearnesa w 1928 r. czy Dwarakanatha w 1979 r.) wykazały, że nawet znaczny stopień rozcieńczenia nie oznacza braku szkodliwości. Te badania wskazują, że niskie stężenia leków homeopatycznych nie upoważniają do wnioskowania o braku bezpośrednich efektów toksycznych. Pogląd o nietoksyczności homeopatii, według którego stosowane tu dawki uważane są za bezpieczne we wszystkich sytuacjach, musi więc być podany w wątpliwość. Mogą zatem mieć rację teorie mówiące o tym, że homeopatia jest czymś więcej niż tzw. efektem placebo, który dotyczy sugestii, ale homeopatia oddziałuje także na małe dzieci. Istnieją tu więc co najmniej dwie możliwości: materialna i energetyczna. Ta druga jest taka, że nie można wykluczyć, iż to działanie na poziomie energetycznym czy kwantowym. Tradycyjna medycyna działa na poziomie komórki. To jej najbardziej pierwotny poziom.

W homeopatii mamy do czynienia z poziomem pierwotniejszym, molekularnym, poziomem atomu i cząstek elementarnych. Można więc sobie wyobrazić, że w leczeniu następuje pewna korekta, ale nie jest do końca określone, jakiej natury jest to zmiana. Nie wiemy przecież, czy nie jest ona niebezpieczną ingerencją w struktury materialne organizmu, w podstawy, skoro mówi się, że jest to działanie na poziomie fundamentalnym czy podstawowym. Nawet jeśli założymy, że jest to poziom energetyczny czy informacyjny, to wiemy o nim zbyt mało, byśmy mogli z niego korzystać z pełnym zaufaniem. Jeśli tak jest, że – według założeń homeopatii wyznającej swoisty „pan energetyzm” – energia przenika między ludźmi, że oddziałuje samo lekarstwo (zamknięte w butelce) stojące na półce, to znaczy, że mogą istnieć przekazy „kodów energetycznych” tych wszystkich ludzi, którzy biorą udział w produkcji leków homeopatycznych. Istnieją takie hipotezy w ramach samych teorii homeopatii. To są teorie związane z tzw. bioinformacją, które są dzisiaj bardzo mocno rozwijane w parapsychologii. Nie można wykluczyć, że na tym poziomie istnieje jakiś przekaz. Być może da się przekazać takie kody drugiemu człowiekowi na poziomie energetycznym. Jest to całkowicie zgodne z wewnętrznymi założeniami ideologii homeopatycznej. Podobne założenia ontologiczne mają teorie bioenergoterapeutyczne, dotyczące sił witalnych czy energii kosmicznej. Istnieją hipotezy, że nie tylko bioenergoterapeuta może przekazywać choremu swoje „kody energetyczne” (nie jest wyjaśnione ich działanie, ale hipotezy sugerujące ich istnienie od dawna krążą w parapsychologii), ale również może to robić chory. Bioenergoterapeuta z tego powodu może chorować i wielu bioenergoterapeutów rzeczywiście bardzo ciężko zachorowało, porzucając w końcu swój dochodowy, lecz niejasny proceder. Nie bez znaczenia jest więc ukierunkowana wola pewnych ludzi, np. wola medium, która może organizować na poziomie kwantowym jakiś ład. Znana jest bowiem praktyka używania mediów czy jasnowidzów przy produkcji leków homeopatycznych. Wiemy to ze świadectw byłych homeopatów. W samej wewnętrznej logice homeopatii nie wydaje się to przypadkowe. W tym układzie nie można wykluczyć, że „kod energetyczny” może być przekazywany nie tylko w postaci struktur rozpuszczalnika czy rozpuszczanego elementu, ale również jako kod człowieka, który aktualnie ingeruje w proces produkcji. A może i kod tego, który to wszystko zainicjował, samego Samuela Hahnemanna, który ma w tym swój udział od początku? Tu pojawia się sensowne „naukowo” znaczenie pytania: kim był naprawdę twórca homeopatii?
Niebezpieczne inicjacje? Dzieła założyciela homeopatii S. Hahnemanna dały w każdym razie podstawę do najrozmaitszych interpretacji i od samego początku położyły podwaliny pod bardzo szybkie rozczłonkowanie nauki homeopatycznej, także w kierunku zdeklarowanego ideologicznie okultyzmu czy ezoteryzmu. W tym kontekście wiele publikacji o homeopatii wykazuje wyraźne pokrewieństwo z literaturą religijną. W każdym przypadku przesłanki nauki Hahnemanna dają wystarczająco dużo materiału, aby je można było interpretować w najrozmaitszych kierunkach. Quasi-religijne roszczenia Hahnemanna z jednej strony, a z drugiej specyfika nauki homeopatycznej prowadziły od początku do spekulacji okultystycznych. Zastanawia również fakt, że homeopaci są najczęściej idealistami i ludźmi wrażliwymi, przejawiającymi otwarcie na okultyzm w rozmaitych jego formach. Podstawą homeopatii są założenia ontologiczne, spekulatywne oraz model antropologii okultystycznej zrodzonej w renesansie, która propagowała koncepcję Paracelsusa. Jest to naturalistyczne spojrzenie na całość bytu ludzkiego. Jednocześnie podstawę tej koncepcji stanowi założenie istnienia siły kosmicznej, czyli vis vitalis, która ma rzekomo charakter „boski”. Nie jest to teza weryfikowalna naukowo, ale założenie światopoglądowe, mające może nawet charakter parareligijny, kultyczny czy inicjacyjny. Być może nie bez znaczenia jest fakt, że Samuel Hahnemann, podobnie jak twórca „magnetyzmu zwierzęcego”, Anton Mesmer (prekursor hipnozy i bioenergoterapii) miał osobiste, inicjacyjne powiązania wolnomularskie, a jego gnostycka ideologia odpowiada światopoglądowi masonerii, co można udowodnić naukowo, bez żadnych sentymentów czy uprzedzeń.

W tego typu argumentacji bierze się pod uwagę fakt, iż Hahnemann uwikłany był w tradycję ezoteryczno-inicjacyjną masonerii, mając także do samego Jezusa Chrystusa stosunek niejasny czy nawet lekceważący. Hahnemann ponadto inspirował się bezpośrednio Mesmerem, który także miał panteistyczny obraz świata (związany z wiarą w astrologię), zaś jego „magnetyczne” teorie również były inspirowane przez tajemne doktryny masońskie (L. Chertok, R. de Sassure). W rozeznaniu duchowym płynącym z poziomu wiary trudno nie dostrzec tych faktów, nawet jeśli należy być powściągliwym, gdy chodzi o interpretacje. Należy wszakże zauważyć, że nie chodzi tu przede wszystkim o osobiste relacje Hahnemanna czy Mesmera z masonerią, ale o związek ich teorii z tą właśnie ezoteryczną doktryną. Według K. Pilara, w tej formie krytyki można zauważyć kilka zasadniczych motywów. Po pierwsze, przynależność Hahnemanna do wolnomularzy ocenia się jako oznakę negatywnego znaczenia homeopatii w ogóle. Fakt ten pociąga za sobą wniosek, że w słowach o „Stwórcy” i „Źródle Miłości” (które spotykamy w tekstach Hahnemanna) nie może być mowy o Bogu chrześcijan. Potwierdza to również głośny cytat Hahnemanna, w którym deklaruje swoją bliskość z Konfucjuszem, a Jezusa nazywa „arcyfantastą” (niem. Erzschwärmer – marzyciel, fanatyk). Jego „poznanie” więc ukazuje się tu w wątpliwym świetle. Zasada podobieństwa (pomimo bardzo przecież różnorodnego podejścia) łączona jest z magicznym simile antycznej i magicznej medycyny ludowej. Zasada simile pochodzi zatem z „magicznego, kosmicznego obrazu świata” (G. Müller, Heilkraft durch Vedünnen. Homeoöpatie – was steckt dahinter?, Bielefeld 1992, s. 43).

Przypuszcza się również, że Hahnemann sformułował swoją ideę potencjalizacji zainspirowany myślą wolnomularską. Autor, który zastanawia się nad tym, dochodzi do wniosku: „homeopatia nie jest naturalną metodą leczenia, lecz nadnaturalną sztuką uzdrawiania” (tamże, s. 63), i nie pozostawia wątpliwości co do tego, że w tej dyscyplinie działa „zwodziciel ludzkości, diabeł” (tamże, s. 67). Z kolei lekarz medycyny ogólnej Kropf jest przekonany, że Hahnemann pracował przy pomocy sił mediumistycznych, a studium wschodnich nauk mądrościowych podsunęło mu myśl o potencjalizacji. Homeopatia jest więc okultystyczną metodą leczenia, „ponieważ działa przy pomocy ukrytych, podporządkowanych czarom, sił ciemności”. (M. Kropf, Alternative Heilmethoden, Karlsruhe 2001, s. 27-29). Podobnie badacz ruchu New Age R. Livesey również zauważa w homeopatii „diabelskie kłamstwo” (R. Livesey, Understanding Alternative Medicine, Chichester 1988, s. 120) i dla potwierdzenia swojej wypowiedzi cytuje znanego wroga homeopatii dr. H.J. Boppa. Jest to oczywiście przykład ekstremalny, pokazujący jak daleko sięga krytyka homeopatii – przede wszystkim w kręgach ewangelickich. Nie wszyscy jednak dochodzą do tak ostrej oceny teorii Hahnemanna jak dr Bopp, który pacjentów leczonych środkami homeopatycznymi postrzega nawet jako będących w przymierzu z diabłem. Nie można jednak mimo wszystko – nawet przy umiarkowanej interpretacji – wykluczyć „przekazu inicjacyjnego” na poziomie czysto duchowym. Wtedy zaś różne techniki paramedyczne homeopatii – nierzadko bardzo irracjonalne – można by interpretować w innym kluczu znaczeniowym: jako rodzaj ukrytej symboliki inicjacyjnej w rytuale parareligijnym czy nawet – zdaniem niektórych znawców ezoteryzmu – kryptospirytystycznym.

Monachijski psychoterapeuta W. Schmidbauer plasuje homeopatię w pobliżu terapii szamańskich. Dla kuracji szamańskich istotny jest zawsze związek z kosmosem, ale też z działaniem duchów. Taka wizja działania homeopatii odpowiadałaby zresztą interpretacji mechanizmu działania magii, opisanej przez św. Tomasza z Akwinu w „Summa contra Gentiles”. Doktor Philippe Madre zaznacza, że często homeopaci nie poprzestają na samej homeopatii. Zdając sobie sprawę, że ich wiedza nie jest wystarczająca, chętnie czerpią z intuicji okultystycznych czy ezoterycznych. Niebezpieczeństwo „okultystycznych dodatków” widać też u wielu bioterapeutów, którzy używają medialnej techniki, jaką jest wahadlarstwo, otwierając się przy tym na medialne i parapsychiczne doświadczenia, takie jak jasnowidzenie czy przepowiadanie przyszłości. Teoria o uduchowieniu materii w procesie potencjalizacji, generalnie zasada podobieństwa, oczekiwanie uzdrowienia, które rozciąga się na całego człowieka, skwapliwie zostały podjęte przez spirytystów i okultystów rozmaitej proweniencji. Mój dobry znajomy ks. Klemens Pilar, który napisał w Wiedniu doktorat na temat medycyny alternatywnej (wiele informacji w tym artykule pochodzi właśnie stamtąd), stwierdził w swoich badaniach, że około 80 proc. zajmujących się homeopatią, zajmuje się również ezoteryzmem czy okultyzmem, którego istotnym elementem są magia i spirytyzm. Czy nie jest to jakiś znak? Jednym z najbardziej znanych przedstawicieli kierunku spirytystycznego w homeopatii jest antropozof i ezoteryk Helmut Fritsche, od którego wywodzi się obok dzieł ezoterycznych i magicznych także biografia S. Hahnemanna. Innym wpływowym homeopatą w historii był Amerykanin James Tylor Kent (1849-1916), członek sekty Swedenborianów. Łączy on homeopatię z chrześcijańską nauką o grzechu pierworodnym, przez co także jego homeopatia przybiera wyraźne cechy nauki o zbawieniu. Zgodnie z własną wypowiedzią, Fritsche był w swoim myśleniu bliski okultyście Aleisterowi Crowleyowi, który uchodzi za twórcę neosatanizmu. Podobieństwa do myśli Crowleya zauważalne są w wielu miejscach jego dzieł. Podobne przyciąga podobne.
„Religijny” i sekciarski charakter homeopatii Dwustuletnia historia homeopatii, gwałtownie przebiegająca dyskusja, rozwój najrozmaitszych szkół homeopatycznych prowadzą do powstania rozmaitej, często wątpliwej jakości literatury. Według K. Pilara, zatargi pomiędzy szkołami prowadzą również do tego, że wśród homeopatów nie ma ani jednego powszechnie uznanego autorytetu, ani jednej ogólnie przyjętej homeopatii. Nie istnieje także jedna przyjęta przez wszystkich homeopatów interpretacja pism i nauki Hahnemanna. Również tutaj spierają się oni, kto tak naprawdę dobrze zrozumiał mistrza i kto rzeczywiście działa w jego duchu. Wskutek tego próby wierności nauce Hahnemanna prowadzą do najrozmaitszych konsekwencji w nauce i praktyce. Obecnie istnieje homeopatia astrologiczna, homeopatia zorientowana na proces, homeopatia rewolucyjna, homeopatia systemowa albo też homeopatie, które po prostu przyjmują nazwę założyciela lub szkoły. Szczególnie popularni są dzisiaj: Grek Georgos Vithoulkas, Hindus Rajan Sankaran, założycielka szkoły Kiewer – Tatiana Popowa, i inni.

To rozczłonkowanie homeopatii, walki szkół oraz wzajemne anatemy wskazują na to, że homeopatia w swoich podstawowych założeniach ma faktycznie sporo wspólnego z religią, a właściwie – z walką pomiędzy różnymi sektami. Istnieje wiele powodów, które wydają się usprawiedliwiać tę uwagę: homeopatia jest bowiem systemem dogmatycznym, zamkniętym w sobie, i opiera się na zasadach sformułowanych przez Hahnemanna przed 200 laty. Hahnemann wychodzi od postulatów, których jako filary systemu nie podaje się w wątpliwość i które definiuje się jako „wieczną”, „nieodwołalną” prawdę. Prowadzi to do tego, że klasyczną homeopatię można tylko jako całość przyjąć lub odrzucić. Kto zaakceptował system jako całość, będzie tak przeżywał świat – przede wszystkim świat uzdrawiania – jak opisuje to homeopatia, a doświadczenia negatywne nie mogą tu nic zmienić i nie zmienią – tak jak chrześcijanin wierzący, że Jezus może uleczyć każdą chorobę, nie zachwieje się w swojej wierze także wtedy, jeśli nawet wielu chorych nie zostanie uzdrowionych. Te założenia zamykają homeopatię jako system i prowadzą do tego, że żadne doświadczenie nie może zmienić systemu w jego parareligijnych dogmatach. Przez homeopatów jest to jednakże oceniane jako pieczęć jakości i podkreśla się, że prawdę homeopatii da się zrozumieć dzięki temu, iż jej fundamentalne zasady nie zmieniły się od 200 lat. To również przemawia za „religijnym” czy raczej sekciarskim charakterem systemu, który pozostaje związany z „niewzruszoną jak niebo prawdą”, o której Hahnemann mniemał, że ją odkrył. Homeopaci nie znoszą, gdy homeopatię się bada i krytykuje według klucza konwencjonalnych nauk przyrodniczych. Okazują wtedy – jak ludzie zniewoleni – dziwną nerwowość. Twierdzą bowiem, że homeopatia posiada „własne” zrozumienie nauki. Stąd akceptuje się tylko takiego krytyka, który się doktoryzował albo lepiej – habilitował w tej dziedzinie. Innymi słowy: tylko „wierzący” może zrozumieć sprawę i wskutek tego wyrazić krytykę, którą homeopata zaakceptuje (K. Pilar).
Niebezpieczeństwa duchowe, czyli bałwochwalstwo W kontekście powyższego warto zająć się przez chwilę rozeznaniem duchowym opartym na zasadach chrześcijańskiej wiary. Zwykle bowiem się sądzi, że homeopatia związana jest tylko z paradygmatem holistycznym, zwanym czasem „paradygmatem paracelsjańskim”. Ale już ta geneza idei, wskazująca np. na Paracelsusa (1493–1541) sięgającego do gnozy czy panteizmu, pokazuje złożoność światopoglądową teorii homeopatycznych. A jeśli mamy tu światopogląd panteistyczny, to czy nie także bałwochwalczy kult natury, stworzenia, a w końcu i człowieka? Wielu tak uważa, żywiąc przekonanie, że homeopatia to tradycja inicjacyjna oparta jednocześnie na pseudoreligii i pseudonauce. Symbolika homeopatii ma charakter klasycznie religijny (K. Pilar). Z tego powodu przekracza ona kompetencje lekarza (który dotyka w tym przypadku jedynie wierzchołka „góry lodowej”), gdyż jest uwikłana w pewien złożony, intelektualnie weryfikowalny światopogląd (całościową wizję świata) oraz w kryptoreligijny, inicjacyjny kult. W ideologii homeopatii występują bowiem idee gnostyckie, hermetyczne oraz orientalne, z dominującą ideą religijnego panteizmu, gdzie ubóstwia się idolatrycznie (bałwochwalczo) każdy rodzaj stworzenia. Nic więc dziwnego, że dla wielu badaczy z kręgu chrześcijaństwa homeopatia wiąże się z kultem religijnym (zabobon), który jest wzmocniony paradygmatem holistycznym (przesąd). Twierdzi się bowiem, że „tylko lekarstwo zna chorego. Zna go ono lepiej niż lekarz, lepiej niż sam pacjent zna siebie. Wie ono, gdzie znajduje się źródło zakłóconego porządku, zna sposób dotarcia do niego. Ani lekarz, ani chory nie posiadają takiej mądrości i wiedzy” (dr Baur, „Journal suisse d’homéopathie”, nr 2/1962). Ubóstwiony lek jest także fetyszem czy talizmanem odsyłającym do siły wyższej, dlatego „trzeba umieć patrzeć oczami ducha” (J.T. Kent, La science et l’art de l’homéopathie).

Homeopatia spokrewniona jest także z mediumicznym mesmeryzmem (Hahnemann – jak już wspomniałem, znał osobiście Mesmera), stąd „leczenie” homeopatią (zarówno dla leczącego, jak i leczonego) może być – w takim kluczu interpretacyjnym – formą idolatrycznej kontrinicjacji w jakiś rodzaj kosmocentrycznej religii czy to odwołującej się do tradycji religijnych istniejących, czy też ich synkretystycznych i eklektycznych form, które tworzy się na gorąco w ideologiach homeopatycznych aż do dziś. Znany homeopata dr Voegeli opublikował artykuł na temat sposobu działania homeopatii w „Zeischrift für Klassische Homöopathie”. Załączony przy nim opis literatury podobny jest do zbioru literatury okultystycznej czy antropozoficznej (odwołującej się zwykle do uproszczonego hinduizmu). Doktor Voegeli twierdzi, że działanie wyższych potencji ma „naturę duchową”, gdzie najlepsze wyjaśnienie daje hinduistyczna filozofia Sankhya. Według niej, człowiek posiada nie tylko ciało, ale także ciało eteryczne ze specjalnym systemem przekazu energii, które ma rzekomo porządkować funkcje obronne organizmu i wspomagać uzdrowienie. Jest to przykład antropologii okultystycznej. Podsumowując te obserwacje, dr H.J. Bopp zauważa, że wśród homeopatów „na pewno istnieją (…) ludzie uczciwi i sumienni szukający sposobu korzystania z homeopatii w oderwaniu od jej tajemnych praktyk, to jednak wpływ okultyzmu, z natury swej ukryty, często pod przykrywką pseudonaukowej teorii, nie znika ani nie zostaje zneutralizowany przez fakt powierzchownego potraktowania, które zadowala się po prostu zanegowaniem istnienia takiego wpływu. Homeopatia jest po prostu niebezpieczna” („Brulion”, 1998, nr XIII, s. 132).

Niebezpieczeństwo polega także na jakimś dotykaniu technik mediumistyczno-spirytystycznych (o czym już wspomniałem) w praktyce homeopatycznej, ośmielonej optymizmem holistyczno-panteistycznych (monistycznych) teorii leżących u podstaw tejże praktyki. Tego rodzaju fakty przeciwstawiają się uspokajającej opinii niektórych wyraźnie oddzielających homeopatię od spirytyzmu czy praktykowania okultystycznych technik. Nie brakuje jednak autorów, którzy porównują homeopatię do magii, nie wyłączając voodoo (M. Kunze, R. Park, Ph. Stevens). Przykładowo, w celu znalezienia odpowiedniego leku, np. rośliny do przygotowania tynktury macierzystej (wyjściowej) preparatu, poszukujący posługują się bardzo często praktykami okultystycznymi. Nie dziwi więc, że w antropozofii okultysty R. Steinera, opartej na doświadczeniu mediumicznym i nauczającym takiego sposobu poznania (także dzieci), występuje gloryfikacja medycyny homeopatycznej. Doktor A. Voegeli, słynny lekarz homeopata, potwierdził fakt, iż duży procent homeopatów posługuje się w swojej pracy wahadełkiem. Istnieją grupy, w których poszukiwania odbywają się podczas seansów spirytystycznych za pośrednictwem mediów, które proszą duchy o informacje. Zresztą największe współczesne medium i spirytysta E. Cayce (bardzo modny w New Age) popierał homeopatię, otrzymując jej wizję zastosowania w doświadczeniu transowym. Ośrodki homeopatyczne np. w Niemczech czy Francji stale poszukują ludzi o zdolnościach medialnych do wytwarzania homeopatycznych środków. W jednym z dużych i poważnych laboratoriów homeopatycznych we Francji dyrektor, zatrudniając pewną osobę, pytał ją najpierw, pod jakim znakiem astrologicznym się urodziła. Potem zaś chciał się dowiedzieć, czy jest ona medium spirytystycznym, gdyż sekretem praktyk owego przedsiębiorstwa był fakt, że „nowe leki poszukiwane były w trakcie seansów spirytystycznych za pośrednictwem osób obdarzonych siłami okultystycznymi (mediów), zdolnych wypytywać duchy” (H.J. Bopp, tamże).

Jeśli homeopata jest w takim seansie okultystą, to musi to być niebezpieczne dla niego i dla jego klienta, nawet jeśli temu zaprzecza. W takim znaczeniu homeopatia byłaby wspomnianym idolatrycznym zabobonem czy też ukrytą praktyką parareligijną, która przykrywana jest także pseudonaukowymi spekulacjami dotyczącymi paradygmatu holistycznego. Tego rodzaju zagrożenia duchowego krytycy homeopatii nie są często świadomi, polecając głównie krytyczną literaturę naukową na temat homeopatii, która programowo nie zauważa duchowych niebezpieczeństw i posiada zupełnie inne pojęcie zagrożenia czy ryzyka, jak duchowość czy teologia i wynikające z niej duszpasterstwo. Z tego powodu wiele pozycji naukowych, nawet nie traktując poważnie np. homeopatii, będzie ogłaszać jej nieszkodliwość z punktu widzenia własnych założeń metodologicznych. Bardziej jednak niepokojąca od rzekomo nieudowodnionej szkodliwości homeopatii jest jej udowodniona skuteczność. Zapewnianie o braku naukowego dowodu nie może przejść w zapewnianie o braku siły tajemnej czy okultystycznej mocy. Inaczej mówiąc, nie można sprowadzać zabobonu (idolatria otwierająca się na działanie zwodniczych duchów) do przesądu (brak dowodów eksperymentalnych i słaba teoria) w tym przypadku, gdyż osłabia to czujność na niebezpieczeństwa duchowe. Wielu lekarzy na całym świecie w ostatnich latach potwierdza skuteczność leków homeopatycznych (68 proc. francuskich lekarzy, 20 proc. niemieckich, 42 proc. angielskich), ale owa „skuteczność” nie musi oznaczać zdrowia duchowego, którego brak objawia się na inny sposób niż zaburzenia psychofizyczne: w sposób bardziej ukryty, długofalowy i wtopiony w objawy psychofizyczne. Rozeznanie zaburzeń duchowych jest subtelnym procesem, który zawsze odbywa się w kontekście kryteriów rozeznawania duchowego ujętych w sensie chrześcijańskim (np. niemożność modlitwy, blokada duchowej radości czy wdzięczności, niepokój duchowy, niechęć do spraw religijnych czy nawet samego Boga, awersja wobec sacrum).

Tymczasem homeopatia, a także homeopaci – z założenia postulowanego przez samego Hahnemanna – ingerują w życie wewnętrzne (duchowe) człowieka, swoiście je interpretując i przedefiniowując. Stąd też, jak stwierdza dr H.J. Bopp, „zażywanie leków homeopatycznych oraz wyrobów antropozoficznych (Weleda) jest jak najbardziej niewskazane i odradzane. Niektórzy wierzący myślą, że leki homeopatyczne o bardzo niskim stężeniu (do D6) są duchowo „nieszkodliwe”. Tak uważa np. niemiecki ewangelicki lekarz i teolog dr S. Pfeifer, widząc niebezpieczeństwo głównie w subiektywnym uzależnieniu się od tego typu leków, a zwłaszcza od światopoglądu, który za nim stoi. Przy założeniu jednak, że nie chodzi tylko o intelektualny światopogląd (problem błędu czy iluzji poznawczej), ale także o inicjacyjny kult (problem grzechu idolatrii), sprawa wygląda nieco inaczej. Inicjacja okultystyczna (kontrinicjacja) przekazywana może być bowiem przez każdego rodzaju przedmiot homeopatyczny (fetysz) niezależnie od stopnia jego rozcieńczenia (zwłaszcza że może chodzić tu o pseudonaukę, gdzie stopień rozcieńczenia także z punktu widzenia naukowego nie ma wielkiego znaczenia). Jeśli homeopata przekazujący lek-fetysz jest ponadto okultystą, niebezpieczeństwo kontrinicjacji wzrasta dwukrotnie, a może i wielokrotnie. Z tego punktu widzenia udział w tego rodzaju doświadczeniu „paramedycznym” może być niebezpieczny duchowo, niebezpieczny dla naszego zbawienia, a w konsekwencji dla całego naszego życia. Nie wykluczając samego zdrowia, którego… nie można szukać „za wszelką cenę”.

Za szerzenie pseudonauki odpowiedzialne są zwykle środki masowego przekazu kierujące się sensacją i motywacją komercyjną, a nie miłością prawdy czy uczciwością intelektualną. Szerzenie pseudonauki może być jednak związane ze zwykłą nieświadomością, a nawet z przekonaniem, że chodzi o zupełnie nowe, rewelacyjne odkrycia naukowe. W tym kontekście ogłoszenie przez Naczelną Radę Lekarską 4 kwietnia 2008 r. tez o nienaukowości homeopatii i wynikających stąd zagrożeniach należy uznać za ważne, a może nawet przełomowe w Polsce wydarzenie, zwłaszcza że chodzi tu o interwencję na wysokim szczeblu, bardzo kompetentnych ludzi, bo przecież profesorów nauk medycznych. Do tej pory ingerowały pojedyncze jednostki, w tym takie osoby, jak prof. zw. dr hab. Andrzej Gregosiewicz, ale to nie było to samo, nawet jeśli z ust tego właśnie profesora medycyny padały poważne, merytoryczne argumenty, oparte na niezbitej logice i podawane z ogromną, pełną pasji demaskatorskiej, determinacją. Taka interwencja polskich naukowców jest tym bardziej cenna, że wielu wybitych znawców przedmiotu pozostawało i pozostaje biernymi obserwatorami zatrważającej i ogromnie niebezpiecznej ekspansji pseudonauki, i to często w dziedzinie własnej kompetencji. Jedyne zaś, na co potrafią się zdobyć, to wyniosły, ironiczny i niezobowiązujący uśmiech, który nie zakłóca im „świętego” spokoju we własnej wieży z kości słoniowej, zaś krzywdy i krzyki ofiar pseudonauki nie przeszkadzają im spokojnie spać. Za jaką jednak cenę?
Nauka przeciwko homeopatii – od początku aż do dziś Już na początku XIX w. homeopatia znalazła szeroki rezonans oraz szybko wzrastającą liczbę zwolenników. Proces ten rozwijał się przez cały XIX w. i także dzisiaj homeopatia należy do popularnych alternatywnych metod uzdrawiania, propagowanych również przez ruch New Age. Homeopatia ma faktycznie zadziwiającą historię oddziaływania i rozszerzania się, w związku z czym nie bez racji można mówić o „światowej historii homeopatii” (Dinges, 1996), nawet jeśli jej przyjęcie wśród lekarzy i pacjentów różni się w zależności od kraju. Ponieważ homeopatia klasyczna oddziałuje …